Na zachodzie bez zmian
Po dłuuugiej przerwie byłem wczoraj wieczorem w barze “Na Cibulkách”, kończąc tym samym mój dwudniowy detoks po alkoholowej wyprawie do austriackiego Salzburga (wiem, pamiętam – będzię relacja). Co nowego w knajpie położonej najbliżej mego domu? Na (nie)szczęście niewiele!
“Na Cibulkách” (dawniej “U Kaštanu”) to bar, który odwiedzam tylko wtedy, gdy:
- mam niesamowitą potrzebę wypicia piwa marki Krušovice, zresztą jednego z moich ulubionych browców;
- mam niesamowitą potrzebę wypicia jakiegokolwiek piwa a wszystkie sklepy wokół (czytaj jedyny supermarket Albert tuż za rogiem) są zamknięte;
- chcę oglądnąć mecz, którego nie pokazuje żaden z czterech kanałów TV jakie mam w domu (wypas, nie?!) i którego nie mogę oglądnąć w Internecie.
Wczoraj zaistniały pierwsza (dawno nie piłem “Muszkietera”) i ostatnia z tych potrzeb (wiedziałem, że będę miał tam szansę oglądnąć jednocześnie dwa najciekawsze środowe spotkania Ligi Mistrzów: Chelsea – Juventus i Real – Liverpool).
Jak zwykle
Dokładnie o 20:29 wyłączyłem więc Guns N’ Roses, wstałem od laptopa, włożyłem do kieszeni spodni 250 koron (prócz piwa planowałem jeszcze zamówić coś na ząb) i wyruszyłem w kilkudziestosekundową drogę.
W środku jak zwykle pełno i gwarno. Automaty do gry jak zwykle kuszą migającymi różnokolorowymi lampkami. Średnia wieku jak zwykle +65. Za barem jak zwykle Robert. W powietrzu jak zwykle mnóstwo dymu z papierosów. Pierwsze piwo jak zwykle dostałem zanim zdążyłem zdjąć kurtkę i usiąść (to chyba mój ulubiony miejscowy zwyczaj!).
Nie jest to lokal, który możnaby polecić innym. Nie jest to też miejsce, do którego możnaby zabrać gości czy znajomych (wyjatkiem był mój brat, podczas Tour de Beer in Prague, z którym tam byłem, ale akurat piwo – z powodów nieznanych nawet starym góralom – było wyjątkowo do dupy niesmaczne).
Na ekranie pierwszego telewizora postawionego na automacie z papierosami właśnie Pavel Nedvěd witał się z Petrem Čechem (na punkcie obu Czesi mają bzika porównywalnego do naszej Małyszo- lub Kubicomanii). Na ekranie drugiego, podwieszonego pod sufitem po drugim końcu baru (czytaj trzy metry dalej) ikona Realu – Raul. Oba mecze jeszcze się nie rozpoczęły.
Gdyby nie ta Sparta
Korzystając zatem z okazji rozglądam się po tej małej prawie-mordowni. Och, o ile (o wiele!) lepszy byłby to bar, gdyby nie te flagi, proporczyki, szaliki, plakaty i inne gadżety Sparty Sralty Praga! Niestety, to jedna z tzw. rudých hospod a jeden z tutejszych kelnerów to radykalny fanatyk tego klubu (ma nawet na łydce olbrzymi tatuaż sławiący klub z Letnej). Choć z drugiej strony czasem to dobrze, że to sraltańska gospoda… Lubię tu wpaść na mecz z udziałem Sralty i cieszyć się demonstracyjnie z każdego gola zdobytego przez jej rywali! Podejrzewam, że kiedyś się doigram… :)
Przy moim stoliku matka (najprawdopodobniej) z synem (najprawdopodobniej) rozwiązują rodzinne (najprawdopodobniej) problemy. Za mną najliczniejsza, “koedukacyjna” grupa i rozmowa o Żydach, Beckhamie, Slavii, armatkach wodnych, roku 1969 i pani Růžičkovej (proszę nie łączyć tych wątków w jedną całość). Kolesi obok nie rozumiem, bo rozmawiają w jednym ze wschodnich narzeczy (jeszcze bardziej wschodnim niż ten brnieński czy ostrawski…). Na wszystkich stołach zdecydowanie króluje piwo i rum.
Na szybie wciąż napis zachęcający potencjalnych klientów do zorganizowania tu… wesela (!). O Jezus Maria! – jak zwykł po niewykorzystanych sytuacjach podbramkowych wzywać imię Boże nadaremno Dariusz Szpakowski. Jak bardzo trzeba NIE kochać świeżo poślubionej małżonki, żeby pierwsze chwile po ślubie zafundować jej właśnie w tym barze?! Ciekaw jestem, czy ktoś się już na to odważył?
Znów piwo i kawa
Tymczasem gol Drogby i Chelsea prowadzi 1:0. Szkoda…
Oba spotkania raczej nudnawe. Czasu na obserwacje jest więc sporo. Widzę, że ekipa przy stoliku dla stałych gości jest nie do wykruszenia! Ten pan na wózku, który zawsze punktualnie o 21 opuszczał lokal, dziś zostaje dłużej. Zamówił piwo i kawę. A jakże!
A ja? Dwa piwa, nałożony Hermelin z rogalikami i chrupki. Nie, zaraz. Przecież to brzmi jakoś dziwnie… Jeszcze raz… Dvě piva, nakládaný Hermelín s rohlíkama a brambůrky (ze względów higieniczno-sanitarnych bałbym się tu zamówić jakiekolwiek inne jedzenie!). Ooo, to zní brzmi znacznie lepiej!!! Razem nie cała godzina (kompletna pierwsza połowa i parę minut przerwy).
Wróciłem do domu.
Starzeje się chyba…
Nie, to przecież nie możliwe!
Na zachodzie Cibulkách bez zmian.
Krzychu



Zamów Newsletter!
Zaproponuj artykuł



4 marca 2009 o 21:36
Taaa…mialem “okazje” tam byc. Gdyby nie fakt ze to bar znajdujacy sie pod Twoim domem zaczalbym sie o Ciebie martwic z powodu, ze czsasami tam bywasz;)