Z wizytą u dziadka Wolfganga
Tak, jak się spodziewałem, czyli pod znakiem spożywania napojów rozmownych i – co ważniejsze! – dobrej zabawy, upłynęła zeszłotygodniowa wyprawa do Salzburga. Cel trzydniowej wycieczki do Austrii był jeden: wyszaleć się. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że się udało i napisać: mission completed! :) Myli się jednak ten, kto myśli, że obyło się bez zwiedzania…
Niestety – jak to często bywa – życie skorygowało nieco nasze plany, o których pisałem przed wyjazdem, we wpisie Salzburg, here we come! Ku mej rozpaczy ostatecznie nie odwiedziliśmy bowiem miejscowego stadionu i meczu Red Bull Salzburg – Rapid Wiedeń, a to dlatego, że kilka dni przed naszym przyjazdem spotkanie zostało przełożone z sobotniego na niedzielne popołudnie, kiedy to musieliśmy już być w drodze powrotnej do Pragi… No cóż, nie można mieć wszystkiego… Ale i tak wyjazd do Austrii uznaję – podobnie jak wszyscy pozostali jego uczestnicy – za bardzo udany!
Tak, jak obiecałem, nie jestem wiśnia i piszę jak było.
On The Road Again
Siedmioosobowa “ekipa uderzeniowa” spotkała się w piątek o 7 rano. Pojechaliśmy dwoma samochodami a grupa podzieliła się według klucza językowego: w jednym aucie ci preferujący debaty w języku czeskim, w drugim – Ci dający pierwszeństwo językowi Szekspira. Około 7:30, na pierwszej po drodze stacji benzynowej (jakieś 3 km za Pragą) otworzyłem już pierwszego browarka. Wybór padł na jasnego Koziołka, który z racji niskiej zawartości alkoholu znakomicie nadaje się na tego typu podróże.
Pragę i Salzburg dzieli 385 km, czyli normalnie jakieś 5 godzin jazdy (połowa trasy po autostradach). Czas ten jednak ze względu na złe warunki atmosferyczne i spory ruch między Linzem a Salzburgiem wydłużył się do 7 godzin podróży (dobrze, że nie brakowało tematów do dyskusji, a kierowca puszczał jedną płytę Johnny Cash’a za drugą). Wliczam w to jednak przerwę na “zaopatrzenie” w jednym z supermarketów (nazwy nie podam, by nie robić pseudoreklamy) w Czeskich Budziejowicach (nasz wypełniony po brzegi wałówą i różnymi napojami wózek zrobił tam prawdziwą furorę!).
Salzburg to założone przez starożytnych Rzymian, 150-tysięczne (czwarte co do wielkości w Austrii) miasto położone w Alpach, nad rzeką Salzach. Jest ważnym centrum turystycznym, kulturalnym i sportowym Austrii. Swoją sławę zawdzięcza wyjątkowemu połączeniu pięknej architektury z niepowtarzalnym krajobrazem. Najbardziej znaną postacią urodzoną w Salzburgu jest oczywiście kompozytor i muzyk Wolfgang Amadeusz Mozart. Turyście przypominają o tym na każdym kroku nie tylko jego pomniki czy sklepy z pamiątkami z jego wizerunkiem:
“Czekoladki Mozarta, likier Mozarta, plac Mozarta, pomnik Mozarta, festiwal Mozarta, lotnisko Mozarta. W tym domu Mozart się urodził, w tym kościele Mozart grał na organach, w tym pałacu Mozart koncertował, w tej kawiarni Mozart grał w bilard. W Salzburgu trudno zrobić krok, by nie natknąć się na Mozarta. Jest tu wszechobecny!”
/Filip Frydrykiewicz, “Salzburg spod znaku Mozarta”, Rzeczpospolita/
Nie mieliśmy problemów, by po przybyciu do miasta znaleźć położony niemal w samym jego centrum hostel Yoho, w którym zarezerwowaliśmy pokój (a w nim cztery dwupiętrowe łóżka). Jak to zazwyczaj z przybyszami ze wschodniej Europy bywa, już w czasie pierwszych kilkunastu minut udało nam się złamać większość z panujących w hostelu zasad. Jak się potem okazało nie po raz pierwszy…
Po szybkiej “regeneracji” sił wyruszyliśmy na podbój Salzburga (Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!).


Na dzielni u Wolfganga
Kolejne kilka godzin spędziliśmy więc na wędrówkach po mieście: Starówka (wpisana w 1996 roku na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO), promenada, mosty przez rzekę Salzach, Getreidegasse (najsłynniejsza ulica Salzburga, z malowniczymi kamieniczkami, ekskluzywnymi sklepami, barami i restauracjami), park u podnóża twierdzy Hohensalzburg itd. Wszędzie pełno cudzoziemców i masa śniegu (walka na śnieżki dodatkowo umilała nam wędrówkę). Spowity mgłą, pięknie oświetlony Salzburg wieczorową porą to wyjątkowo zachwycający widok.
Po pewnym czasie bolące, zmarznięte i przemoczone stopy, głód i pragnienie (pomimo, iż po drodze regularnie uzupełnialiśmy “płyny i pierwiastki śladowe”) dały o sobie znać. Rozpoczęliśmy więc poszukiwania restauracji, w której mieliby wolny stolik dla siedmiu chłopa. Po kilkudziesięciu minutach udało się go znaleźć w Zipfer Bierhaus, jednej z najbardziej znanych salzburskich knajp. A w niej – ku naszej uciesze – menu złożone w większości z tradycyjnych miejscowych specjalności (ze względu na wielonarodowościowy charakter kraju, miejsowa kuchnia łączy w sobie wpływy niemieckie, czeskie, węgierskie, ale i włoskie i francuskie) a przede wszystkim szeroki wybór piwa (w tym Zipfer i Kaiser). Tuż po wejściu grzecznie uprzedziliśmy kelnera, że jesteśmy dosyć głośną grupą, ale na szczęście nikomu z obsługi to nie przeszkadzało…
Zipfer Bierhaus położony jest zaledwie kilkanaście metrów od domu, w którym 27 stycznia 1756 roku urodził się Mozart. Nie dziwi więc, że jeden z toastów (prócz tych tradycyjnych: za tych co na morzu! oraz zdrowie grilla!) wypiliśmy właśnie za niego.
Restaurację przy Sigmund-Haffnergasse 12 znaleźliśmy równie przypadkowo, jak i kolejną z knajp, w której spędziliśmy większość nocy z piątku na sobotę. Schnaitl Music Pub na Bergstrasse, bo o nim mowa, to znany nie tylko w Salzburgu bar, w którym spotykają się młodzi miłośnicy rocka i metalu (na salzburg.com czytamy: “Großer Wert wird auf den musikalischen Rahmen gelegt, der von Indie-Rock über Punk, Hard-Rock, Industrial, Gothic, Metal bis hin zu so manch Experimentellem reicht”), więc w środku zero plastyku, jeśli wiecie co/kogo mam na myśli… Jak sama nazwa wskazuje, w lokalu serwowane jest piwo Schnaitl. Piłkarzyki, bilard, rzutki, podrywanie kelnerki (ach, Ramona) na opowieść o misjonarzach udających się do Burkina Faso, którymi rzekomo byliśmy i… śpiew – oto jak spędzaliśmy tam czas.

Przyjechali kowboje (każdy pali swoje)
Sobotę rozpoczęlismy od śniadania w hostelowej jadalni (ku zdziwieniu tamtejszego personelu, zamówiliśmy jajecznicę i… piwo!). Reszta dnia upłynęła głównie pod znakiem zdobywania szczytu Kapuzinerberg (640 m n.p.m.), jednego z pięciu wzniesień bezpośrednio otaczających miasto. Nazwa góry pochodzi od klasztoru braci Kapucynów, który do dziś stoi na jej zboczu. Najprawdopodobniej jestem jedynym człowiekiem, który zdobył jej wierzchołek zimą w kowbojkach! :) Za ten wyczyn zostałem nawet pochwalony najpierw przez fińską parę spotkaną na tarasie widokowym umieszczonym na szczycie (wpaniały widok nawet pomimo mgły!), a potem także przez szefową znajdującej się tam w zameczku Franziskisschlössl gospody.
Pochodząca z Budapesztu Judith, mimo iż była – delikatnie mówiąc – naznaczona zębem czasu, tryskała energią i dobrym humorem. Pełniła tam rolę nie tylko właścicielki, ale i kucharki i kelnerki. Zaserwowała nam najlepszą zupę gulaszową (plus przepyszny czarny chleb domowej roboty), jaką w życiu jadłem i przesmaczne kipfle (rodzaj pączków)! Do tego kilka kufelków Stiegla, czyli zdecydowanie najlepszego z austriackich piw, jakich przyszło nam posmakować. Nie dziwne więc, że spędziliśmy tam tyle czasu!
Mieliśmy tym samym okazję popisać się naszą znajomością węgierskiego i obdarować jednego z jej znajomych (mającego przodków z północno-zachodnich Czech i grającego na harmonii czeskie piosenki ludowe) budziejowickim piwem. Ponieważ była to ostatnia sobota karnawału, w jednej z sal odbywał się bal maskowy.
Drogę powrotną pokonaliśmy w znacznie szybszym tempie niż wspinaczkę na szczyt. A wszystko za sprawą… worków na śmieci, które dostaliśmy w restauracji, a które użyliśmy do zjeżdżania w dół (frajda jak za starych dobrych czasów!).
Od dawna wiadomo, że sobota wieczór to najlepsza pora, żeby zawojować parkiet, w którymś z nocnych klubów! I nie ważne czy jesteś akurat w Pradze, Wrocławiu, Tokio, Las Vegas czy Salzburgu! :) Po wskoczeniu w suche ciuszki (z taką pasją zjeżdżałem na tyłku, że dosłownie każdą część garderoby miałem mokrą) i uzupełnieniu zasobów “cieczy ognistej” dołączyłem więc do kamratów, którzy w centrum miasta robili już rozpoznanie miejscowych klubów. Niestety, tu impreza zamknięta, tam nie ma już miejsca, jeszcze gdzie indziej na parkiecie plastyk-fantastic a z głośników jakiś shit… Na szczęście pozostał jeszcze Schnaitl Music Pub, w którym tak dobrze bawiliśmy się wieczór wcześniej!
I tym razem było więcej niż OK (szkoda tylko, że jeden z kolegów przypłacił tę wizytę stratą aparatu fotograficznego), pomimo, że na zmianie były całkiem inne kelnerki niż w piątek. Najładniejsza z nich, 26-letnia Katerina, świeżo upieczona absolwentka pedagogiki, mimo usilnych starań i najbardziej wyszukanych bajerów, ostatecznie nie dała się namówić na natychmiastową przeprowadzkę do Pragi. Może dlatego, że była już zamężna… ;p
Nie byłbym sobą, gdybym osobnego akapitu nie poświęcił właśnie miejscowym kobietom. Ku memu (miłemu) zdziwieniu, muszę przyznać, że Austriaczki są znacznie ładniejsze i pogodniejsze niż myślałem! Przed wyjazdem bałem się, że tamtejsze babeczki będą charakterem i urodą zbliżone do swych niemieckich koleżanek, a to – jak sami przyznacie – zdecydowanie komplementem nie jest… Ale gdzieżby tam!!! Choć do Polek, Czeszek czy Słowaczek sporo im brakuje, to są to całkiem fajne białogłowy! I nie tylko miejscowe kelnerki… Większość z napotkanych w ciągu tych trzech dni dziewczyn bardzo dobrze mówiła po angielsku a z ich twarzy ani na moment nie znikał uśmiech Jedyny minus za dość dziwny gust niektórych z nich: połączenie czarnych bądź brązowych kozaczków ze… szarymi spodniami dresowymi. :o
To Mozart miał czekoladowe “kule”?!
W niedzielę – jak można się było spodziewać – wstaliśmy zbyt późno, by opuścić pokój przed godziną 10, co oznaczało nie tylko nie dostosowanie się do kolejnego przepisu hostelowego regulaminu (chyba ostatniego, który można było jeszcze złamać), nie tylko brak hostelowego śniadania, ale i stratę zapłaconej dwa dni wcześniej zaliczki. Zanim doprowadziliśmy siebie i pokój (nie wiem, co było w gorszym stanie…) do stanu względnego porządku i zjedliśmy prowizoryczne śniadanie własnej roboty, było już południe. Czas na ostatni spacer po mieście i kupno suwenirów!
Na pierwszy ogień poszły oczywiście tradycyjne Mozartkugeln, czyli czekoladowe kulki z marcepanowo-pistacjowym nadzieniem, produkowane według tradycyjnej receptury (patrz fotka poniżej) oraz rzecz jasna piwo.

Ja przez cały dzień nie mogłem się pogodzić z faktem, że – z powodów wspomnianych na wstępie tekstu – nie obejrzę meczu miejscowego Red Bull Salzburg (przez jakiś czas rozważałem nawet przedłużenie pobytu i powrót na własną rękę).
A propos Red Bulla. Jeden z kolegów, kierowca jednej z naszych maszyn, chcąc szybko a przy tym efektywnie zregenerować siły, wychylił dwa napoje regenerujące i połowę dwulitrowej butli Coca-Coli. Jego organizm nie był jednak po “trudach” weekendu przygotowany na taką dawkę kofeiny i zastrajkował… Efekt?! Z pensjonatu-restauracji w miejscowości Holkovo (już po czeskiej stronie), gdzie zatrzymaliśmy się na obiado-kolację, nasz kierowca został odwieziony karetką do szpitala w Czeskich Budziejowicach na obserwację. Na szczęście nie było to nic poważnego, ale dla nas oznaczało to przedłużenie weekendu o jedną noc we wspomnianym pensjonacie… W poniedziałek rano, już w komplecie dotarliśmy do Pragi (“kontuzjowanego” kolegę w roli kierowcy zastąpił piszący te słowa).
I to tyle jeśli chodzi o relację z wyprawy, którą Wam obiecałem. Polecam ciekawy artykuł o Salzburgu i jego najsławniejszym mieszkańcu: Salzburg spod znaku Mozarta.
Każdemu, kto tam jeszcze nie był, mogę z czystym sumieniem zarekomendować odwiedzenie tego pięknego miasta, nazywanego barokowym klejnotem w sercu Europy. Nam podobało się tak bardzo, że obiecaliśmy sobie, że wrócimy tam latem! :)
Do wizyty miasta Mozarta powrócę jednak na łamach mojego bloga znacznie wcześniej, bo już w tym miesiącu. W drugim odcinku relacji z Salzburga będzie o bowiem miejscowych piwach, które dane mi było skosztować, natomiast w trzeciej (i ostatniej) fotoreportaż z całej wyprawy (fotki zamieszczone w tym wpisie nie są autorstwa żadnego z uczestników wycieczki).
Pozdrawiam,
Krzychu
/wszystkie zdjęcia użyte powyżej są własnością Tourismus Salzburg GmbH/



Zamów Newsletter!
Zaproponuj artykuł


