Długa droga z raju

20 czerwca 2009 | Kategorie: Praga, muzyka | 10 komentarzy

W poniedziałek 8. czerwca spełniło się kolejne z mych wielkich muzycznych marzeń: usłyszałem na żywo utwór “Hotel California”. I bynajmniej nie był to jeden z licznych coverów w wykonaniu któregoś z mniej znanych zespołów, ale oryginał zaśpiewany przez samego Dona Henley’a! Byłem bowiem na praskim koncercie zespołu The Eagles

Na dwa dni przed występem słynnej formacji jeszcze nic nie wskazywało na to, bym mógł być jednym ze szczęśliwców, którzy zobaczą “następców The Beach Boys” (umownie ;d) na żywo. Wręcz przeciwnie -- wydawało się, że w ciągu kilkunastu dni opuszczę już drugie po ZZ Top ciekawie zapowiadające się show…

W sobotnie popołudnie dostałem jednak SMSa od koleżanki, która chciała odstąpić  mi dwa bilety na bliżej niesprecyzowany koncert. Ponieważ sama dostała je za friko, także i ode mnie nie chciała żadnych pieniędzy. W jaki szał radości wpadłem, kiedy z podarowanej mi białej koperty wyciągnąłem wejściówki z napisem: EAGLES. Long Road Out of Eden. World Tour 2009. Praha, O2 Arena! :)

Osiem tysięcy hotelowych gości

Na koncert wybrałem się z byłym współlokatorem Lukášem, czyli jedyną poza mym tatą i jego bratem, znaną mi osobą, która interesuje się tego typu muzyką. Na miejscu okazało się, że podarowane bilety dają nam… prawo wstępu do sektoru dla VIP-ów, gdzie dookoła pełno pięknych hostess, gdzie stoły są suto zastawiane przeróżnymi smakołykami (od sushi, przez typowe czeskie specjały, aż po dziesiątki różnego rodzaju słodyczy), gdzie -- oh, my goodness! -- piwo i wino leja się strumieniami a widok na scenę i znajdujących się tam muzyków jest niemal idealny… Istna uczta dla ciała i ducha (czytaj głupi ma zawsze szczęście)!!!Plakat koncertu Eagles (sazkaticket.cz)

“Orły” przyjechały do Pragi po raz pierwszy w historii, która sięga przecież w ich wypadku 1971 roku. Prawie 8 tysięcy fanów (a właściwie to zaledwie 8 tysięcy fanów, bo -- dla porównania -- otwierający tournee koncert w szwedzkim Malmö śledziło aż 60 tysięcy widzów!) w O2 Arenie było świadkami trzygodzinnej (!) muzycznej uczty. Dobry wieczór, Prago. Jesteśmy Eagles. Zagramy Wam starsze kawałki i utwory z naszej nowej płyty “Long Road Out of Eden” -- powiedział witając się z publicznością gitarzysta Glenn Frey.

Wszystko zaczęło się punktualnie o 20:00. Na pierwszy ogień poszła piosenka “How Long” a zaraz potem usłyszeliśmy “I Don’t Want To Hear Any More” oraz “Guilty Of The Crime”. W pierwszej części koncertu zabrzmiało łącznie 11 utworów. Obok starszych, ale zagranych z niesamowitą świeżością przebojów (m.in. przywitane gromkim aplauzem “Love Will Keep Us Alive” i “Take It To The Limit” oraz “Peaceful Easy Feeling”, “The Long Run” czy “Lyin’ Eyes”) były też piosenki ze wspomnianego już nowego, bo wydanego w 2007 roku dwupłytowego albumu (czyli jednocześnie pierwszego krążka grupy od czasów słynnego “Hell Freezes Over” z roku 1994).

Dużym zaskoczeniem był dla mnie fakt, iż zdecydowanie największy hit, czyli kultowy “Hotel California” Henley i spółka wykonali już na samym początku koncertu (bodajże jako czwarty utwór)! Piosenka o idealnym hotelu, którego jednak nie da się opuścić jest bez wątpienia -- przynajmniej dla mnie -- jednym z najlepszych utworów w historii muzyki rozrywkowej, o czym moga zresztą świadczyć nie tylko liczne nagrody, ale i  nieustanne zainteresowanie, jakim cieszy się ten utwór wśród Internautów (w tym roku kawałek ten został nagrodzony kolejną platynową płytą, tym razem za milion legalnie ściągniętych z Internetu kopii). Również kończąca utwór solówka jest często wymieniana pośród najlepszych w historii rocka. Oczywiście utwór odśpiewała z kwartetem prawie cała hala!

Poniżej niemal identyczna wersja (to samo zajebiste intro na trąbce, ta sama gra świateł), jaką dane mi było usłyszeć  12 dni temu w Pradze.

“Hotel California”

Poezja, prawda?!?

Showman(i) z banku

Kapela przyjechała do stolicy Czech w tym samym składzie (na poniższej fotce od lewej: Glenn Frey, Joe Walsh, Timothy B. Schmit i Don Henley. Przy czym pierwszy i ostatni to jedyni muzycy, którzy są nieustannie członkami grupy), w jakim w roku 1980 zawiesiła na 14 lat swoją działalność, a wszyscy jej członkowie rozpoczęli lub kontynuowali z powodzeniem kariery solowe. Czwórka sześćdziesięciolatków (wszyscy podczas praskiego koncertu ubrani byli w czarne garnitury, białe koszule i czarne krawatki, przez co wyglądali bardziej na pracowników banku niż członków kapeli rockowej) plus aż dziewięciu towarzyszących im muzyków (w tym czteroosobowa sekcja dęta).

Eagles A.D. 2009

Po 15-minutowej przerwie przyszedł czas na drugą, znacznie dłuższą (19 kawałków) część koncertu, w której kapela znacznie częściej niż dotychczas wykorzystywała duży półokragły ekran umieszczony z tyłu sceny, wyświetlając na nim zdjęcia, filmy, animacje… A na scenie liderem był zdecydowanie Joe Walsh, który pokazał, że nie tylko jest mistrzem slide gitary (“Guilty Of The Crime”), nie tylko dysponuje ciekawym głosem (“Walk Away”), ale jest chyba największym showmanem w barwach “Orłów” (choćby “Life‘s Been Good” i jego czapka ze specjalną kamerą, z której obraz był widoczny na ekranach na i obok sceny).

Ja jednak bezustannie obserwowałem założyciela zespołu -- Dona Henley’a. Ten zaskoczył mnie swoją wszechstronnością. O tym, że jest świetnym perkusistą i wokalistą od dawna wiedziałem. Nie spodziewałem się jednak, że równie wyśmienity z niego gitarzysta! W utworach, w których stał z “wiosłem” przy mikrofonie, za bębnami zastępował go Scott Crago. Innym multiinstrumentalistą okazał się poniedziałkowego wieczoru saksofonista Al Garth, który w utworze “Peaceful Easy Feeling” zagrał… na skrzypcach.

Eagles w Pradze (musicserver.cz)

Zmiana klimatu

Ciekawe, że dominujące w pierwszej części koncertu spokojne i delikatne ballady o sielankowym i sennym wręcz życiu w Kalifornii, zostały w drugiej części wieczora wyparte przez utwory poruszające poważne tematy (krytyka wojny w Iraku, problemy jakie niesie za sobą globalizacja, czy temat “moralności” mediów). Na całe szczęście jednak na pierwszym planie w  dalszym ciągu pozostawała wspaniała muzyka…

Seria skocznych boogie (“Heartache Tonight”, “Life In the Fast Lane” i przede wszystkim “Rocky Mountain Way”, w którym znowu rządził Walsh!), “One Of These Nights” z wysokim wokalem a la Bee Gees, a także kawałki z nowej płyty, wśród których publiczność zdecydowanie najlepiej przyjęła zaśpiewany od początku do końca na pół a capella przez wszystkich członków zespołu “No More Walks In The Wood”, który rozpoczął zarazem część koncertu w czasie której muzycy siedzieli na barowych krzesłach oraz tytułowy, artrockowy…

…”Long Road Out of Eden”

Przez cały koncert utwory zespołu balansowały pomiędzy melodycznym rockiem, country a bluesem. A wszystko to dodatkowo z małą domieszką folku. Zgodnie z tradycją i definicją kalifornijskiego rocka, którego są prekursorami (by nie napisać wynalazcami) Eagles postawili na gitary. Poza przedstawioną już “żelazną” czwórką, w niektórych utworach na instrumencie tym grał również Stuart Smith. Najmocniejszym punktem amerykańskiej grupy był jednak wokal, i to zarówno w utworach, w których poszczególni członkowie zespołu śpiewali solo lub w duetach, jak i w piosenkach wykonywanych przez całą czwórkę. Wokal zawsze aksamitny, zawsze czyściutki!

Eagles w Pradze (musicserver.cz)

A na sam koniec, już w ramach bisów, kilkanaście minut po 23, kalifornijscy muzycy zafundowali nam na pożegnanie przysłowiową wisienkę na torcie. Kolejny wielki hit -- ballada “Desperado”, do której piękna barwa głosu Dona Henley’a jest jakby stworzona!

“Desperado”

Ach, co to był za wieczór…

Kończąc tę pseudo-relację, jak zwykle w przypadku koncertów wspomnę o liście nieobecnych utworów. Chłopaki z amerykańskiej country-rockowej grupy zagrali właściwie wszystkie swoje najważniejsze przeboje prócz dwóch kawałków. Zabrakło bowiem tylko “New Kid In Town” oraz “Tequila Sunrise”. Szkoda, choć po dawce trzydziestu innych utworów z “Hotelem California” na czele narzekać jakoś nie wypada…

Jak sami widzicie mój wspaniały muzyczny sen ciągle więc trwa i mam nadzieje, że jeszcze długo się nie obudzę…  ;) W krótkim czasie byłem na koncertach Tiny Turner (szczegóły tutaj), Deep Purple (szczegóły tutaj) i The Eagles, a to jeszcze w cale nie koniec!

Krzychu

Dodaj komentarz 340 razy czytany, 1 razy dziś

Śledź dyskusję

10 komentarzy to “Długa droga z raju”

  1. jacek pisze:

    szkoda ze mnie tam niebylo uwielbiam “HOTEL CALIFORNIA”a kapela super,miod naserce ze tyle mlodych ludzi kocha muzyke mojej mlodosci.

  2. PrzemCio pisze:

    Damn, Krzychu, po prostu dziękuję :)

    Poza Hotelem nie znałem tej kapeli… teraz przeglądam YT i mi szczena opada… bo właśnie za taką muzyką od zawsze przepadałem… a jak widzę tego staruszka zaczesanego siwizną do tyłu i wymiatającego na Stratocasterze… już wiem za co się wezmę na emeryturze :D

  3. Axun pisze:

    Szacunek za wkład w historię muzyki, ale jakoś nie przepadam. Nawet zaryzykuję, że to grupa jednego przeboju – o czym najlepiej świadczy komentarz PrzemCia. Mniemam, że takich osób jest dużo więcej.

  4. krzychu81 pisze:

    @jacek
    Muszę przyznać, że jesli chodzi o publikę na koncercie, to zaskakująco sporą grupę tworzyli właśnie młodzi ludzie, co cieszy nawet mnie – 28-latka. :)

    @PrzemCio
    Proszę bardzo! Cała przyjemność po mojej stronie. :)
    Już po raz drugi w ciagu kilkunastu dni udało mi się “zarazić” kogoś muzyką, której słucham. Mam nadzieję, że nie będziesz zawiedziony.

    @Axun
    Ogromna większość osób uważa Eagles za zespół jednego przeboju. Ja też ich tak kiedyś klasyfikowałem, ale w miare zagłębiania się w ich twórczość, odkrywałem coraz to nowe kawałki i dziś mam o nich całkiem inne zdanie niż jeszcze kilka lat temu. Zresztą każdy zespół czy wykonawca będzie dla nas artysta/grupą jednego hitu tak długo, jak długo będziemy słuchać tylko tego, co serwują nam media i dopóki SAMI nie poczujemy chęci bliższego poznania jego dorobku.

  5. Axun pisze:

    Krzysiek, idąc Twoim sposobem rozumowania, to nawet osiedlowa kapela będzie miała same hity. A przecież nie o to chodzi. ;)

  6. Małgorzata pisze:

    Szczerze zazdroszczę. A z tym “Hotelem…” na początku to jak Rodowicz z “Małgośka”, zawsze wtedy pada, że nie śpiewam, bo jak zaśpiewam to wszyscy pójdą.
    A tak serio to dla mnie szalenie miłym akcentem jest właśnie ” Long Road Out Of Eden”, powrót może nieco wymęczony, ale w dobrym stylu. Pozdrowienia.

  7. Małgorzata pisze:

    A za relację-dzięki:)

  8. krzychu81 pisze:

    @Axun
    To zależy co rozumiesz przez słowo hit. Zgodzę się, że w przypadku Eagles mamy “Hotel California”, potem długo, długo nic i resztę twórczości. Z jednej strony jest więc rzeczywiście tylko jeden wielki przebój w pełnym (tradycyjnym) tego słowa znaczeniu, ale z drugiej, ta “reszta twórczości” (po głębszym zapoznaniu) w cale nie jest słaba. Nie ma wielkich cudów, ale niemal wszystkie utwory trzymają całkiem niezły poziom. Tyle że większość ludzi zwyczajnie ich nie zna. Podobnie jest w przypadku Kate Bush, Nazareth czy Free… Przykłady możnaby tu mnożyć!

  9. krzychu81 pisze:

    @Małgorzata
    Myślę, że to był celowy zabieg (choć ryzykowny). Chcieli pokazać, że Eagles to nie tylko ten przebój, że mają jeszcze inne, całkiem dobre kawałki (“mamy na tyle ciekawy repertuar, że możemy sobie pozwolić wykonać nasz największy hit już na poczatku”).

    A co do Rodowicz i “Małgośki”, to kiedys słyszałem podobną anegdotę o Wodeckim i “Pszczółce Maji” :))

    Również pozdrawiam!

  10. Axun pisze:

    To zależy co rozumiesz przez słowo hit. Zgodzę się, że w przypadku Eagles mamy “Hotel California”, potem długo, długo nic i resztę twórczości.

    -> I właśnie o to mi chodziło.

Dodaj komentarz




Też chcesz mieć własny awatar? Nic prostszego!