Wygrały sandały!
Kilka tygodni temu jeden z popularnych czeskich portali internetowych zamieścił na swoich łamach okraszony kilkudziesięcioma zdjęciami dość spory artykuł, w którym trzy dziennikarki specjalizujące sie w temacie “moda” wybrały pięć najczęstszych czeskich grzechów, jeśli chodzi o ubiór. Wygrały – bo jakże mogło być inaczej – skarpetki i sandały! :)
Autorki tekstu, Lenka Poláčková, Lenka Tréglová i Monika Binarová zgodnie twierdzą, że spora grupa ich rodaków i rodaczek nie przywiązuje większej, a często nawet jakiejkolwiek wagi do swojego wyglądu i garderoby. I nie chodzi tu o bycie na czasie z propozycjami paryskich dykatorów mody, czy też ubieranie się zgodnie z trendami mediolańskich kreatorów. Tego od szarego Czecha i statystycznej Czeszki nikt nie wymaga. Czasami potrzebne jest troszkę więcej szacunku dla innych przechodniów, czasami więcej samokrytyki, innym razem wystarczy jedynie popatrzeć przez chwilę w lustro przed wyjściem z domu…
Fotki, które zamieściłem w tekście pochodzą właśnie ze wspomnianego artykułu. Co ciekawe, przed wyjściem na miasto ich autorzy myśleli, że aby uzyskać tak imponującą kolekcję zdjęć, będą musieli spędzić na praskich ulicach cały dzień a może i więcej. Tymczasem wystarczyło kilka godzin w jednym z często uczęszczanych miejsc czeskiej stolicy.

Grzech nr 1 – skarpetki do sandałów
Sandałki w wersji sportowej, sandałki skórzane, klapki, japonki… Możliwości jest wiele! Tymczasem sandały nosi się wtedy, gdy – uwaga, uwaga, wielkopomne odkrycie! – jest ciepło. A jeśli komuś jest zimno, niech prócz skarpetki ubierze również normalne buty. A skarpetki do japonek, to już w ogóle… Zdaniem autorek tekstu, chodzi tu o to, że spora część ludzi myśli, że inni przechodnie nie zwracają uwagi na nogi i to, co się na nich nosi. Złe połączenie? Nie taka kolorystyka? A co tam, najważniejsze by było wygodnie!
Pisałem już kiedyś o tym zboczeniu w poście pt. “Kłopoty z przyzwyczajeniem, albo Czesi i Czeszki in minus”.
Grzech nr 2 – saszetki “nerki”
Fakt, praktyczny to wynalazek. Dzięki niemu pieniądze i dokumenty możemy mieć “pod kontrolą”, utrudniając zarazem pracę kieszonkowcom. Jednak co dobre na wycieczkę za miasto czy urlop w Meksyku, nie koniecznie nadaje się np. jako część garderoby (portfel?) do pracy.
Grzech nr 3 – zbyt małe/duże ubrania
Albo nieforemna, zbyt duża, zwisająca jak ze stracha na wróble marynarka, albo znowu pseudo-seksowne zbyt małe, a co za tym idzie obcisłe ciuchy (i ten wystający brzuch z fałdami). Albo zbyt krótkie nogawki u spodni (tradycyjna “woda w piwnicy”), albo z kolei nogawki podwijane na 2-3 razy (po co obcinać, skoro wystarczy tylko zawinąć?)
Grzech nr 4 – ramiączkowy chaos
Grzech tykający się jedynie kobiet. Są bluzki w przypadku których pokazanie (ładnego!) ramiączka od biustonosza nie jest problemem. Ale jeśli ktoś ubiera koszulkę/sukienkę bez pleców lub wiązaną na szyji, to nawet najpiękniejszą tego typu kreację można oszpecić źle dobranym (czytaj brzydkim) stanikiem.
Grzech nr 5 – nieśmiertelna reklamówka
Kiedy wracamy z zakupów jest niezastąpiona. Kobieta nie zapakuje przecież ziemniaków do swojej torebki. Tyle że częstość, z jakim reklamówki pojawiają się na czeskich ulicach oznacza, że sporo ludzi używa ich jako zwykłego “bagażu podręcznego”. A cudzoziemcy mają ubaw… Jest to najprawdopodobniej przyzwyczajenie z czasów, kiedy dobra, kolorowa, oryginalna reklamówka np. firmy Chiquita lub Dubonnet, była skarbem rodzinnym i używano jej tak długo, aż nie porobiły się w niej dziury lub nie zeszła z niej grafika. Tyle że kiedyś taka reklamówka przywieziona z zachodu, rzeczywiście mogła być uważana za rarytas, podczas gdy teraz dostaniecie ją w każdym sklepie za parę koron. A w niektórych nawet za darmo.
A co poza tym? Do rzadszych, ale nadal występujących grzechów należą np. t-shirty wkładane do wysoko podciągniętych dresów, łączenie kraty z prążkami czy – szkoda, że tylko u mężczyzn – chodzenie po ulicach bez koszulki (“popatrz, mała, jaki ze mnie men!”).

Na szczęście – piszą autorki tekstu – w porównaniu do podobnego “śledztwa” z roku poprzedniego zbrodni popełnionych na podstawowych zasadach mody i dobrego gustu jest w Czechach mniej. Najlepiej widać to ponoć na przykładzie kobiet po czterdziestce, które stały się bardziej odważne a oferta takich sklepów jak H&M, New Yorker, C&A, Veromoda czy Next nie jest im już obca. Poprawę widać również wśród mężczyzn noszących na codzień garnitur i krawat. Ci podobno z roku na rok coraz lepiej dobierają kolory oraz buty. Numerem jeden są jednak dzieci. W ostatnich latach wybór dziecięcych ubrań różnych marek jest ogromny. I nie ważne czy chodzi o drogie sklepy czy tanie second handy. Ponadto rodzice są teraz chętni inwestować w wygląd swych latorośli więcej niż w latach poprzednich. W dobiorze ubrań dla nich są także bardziej odważniejsi niż w swoim przypadku.
Jak widzicie 5 grzechów głównych to… kolejny element wspólny między Czechami a Polakami (patrz polskie ulice, patrz – niekiedy – autor tego tekstu ;p).
/źródło: ona.idnes.cz/
Krzychu



Zamów Newsletter!
Zaproponuj artykuł



12 października 2009 o 14:10
Ale za duże ubrania są OK przecież ;)
12 października 2009 o 14:24
chyba dodam to do zakładek i potem przeczytam, bo strona nie ładuje mi się do końca i nie jestem w stanie czytać szarych literek na brązowym tle… ale skarpetki do sandałów – sic!;)
13 października 2009 o 19:48
@Axun
W niektórych kręgach jak najbardziej! ;)
@Kasia
To chyba czas najwyższy, bym w końcu zrezygnował z tych desek…