Sugar Daddy

12 listopada 2009 | Kategorie: Praga, muzyka | 3 komentarze

Po letniej przerwie powróciłem na koncertowe sale. Po Tinie Turner, Deep Purple, The Eagles i B.B. Kingu uraczyłem swe zmysły głosem innej legendy -- Toma Jones’a. W przypadku jego koncertu, raz jeszcze potwierdziła się teoria, że nieplanowane, spontaniczne imprezy niemal zawsze okazują się strzałem w dziesiątkę!

Walijczyk odwiedził Czechy po raz drugi w swojej karierze (debiutował tu w 2001 roku). Podczas dwugodzinnego show swobodnie [rzechodził z jednego muzycznego stylu na drugi. Soul, funky, pop, country a nawet disco, plus gospel i mała domieszka rapu -- Jones to artysta o kilku różnych twarzach. Dodatkowo popisywał się świetnym poczuciem humoru, a miny, które robił (nikt nie potrafi tak przewracać oczami!) i odgłosy jakie wydawał są nie do podrobienia! Do tego taniec, podskoki, mini-stryptiz i… kręcenie tyłkiem. Jak na 69-latka show przez wielkie S.

Widziałem to wszystko bardzo dobrze, bo dzięki koleżance, a bardziej jej koneksjom, miałem tym razem wraz z towarzyszką (Take Me Back To The Party, Daszo! ;p) miejsca bardzo blisko sceny. I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin wcześniej nawet nie planowałem, że właśnie w ten sposób spędzę wtorkowy wieczór. Na koncert mistrza barytonu się bowiem nie wybierałem. O2 Arenę planowałem odwiedzić dopiero tydzień później, kiedy w jej progi zawita Eros Ramazzotti. Jeśli jednak ktoś oferuje Ci bilety za cenę o 75% niższą niż oryginalna/oficjalna/rynkowa* (* niepotrzebne skreślić) odmówić nie sposób…

Zanim przejdę do wystepu legendy, słów kilka o przedkapeli. Punktualnie o 20:00 na scenie pojawiła się dwudziestoletnia Florence Rawlings z ze swoim zespołem. Cała szóstka (jeśli dobrze przypominam sobie liczebność rodaków Jones’a) zaprezentowała się więcej niż dobrze, ale wokalistkę, bardziej niż dzięki jej piosenkom (pogranicze pop-soul; muzyka podchodząca pod Arethę Franklin), zapamiętam z jej długich i całkiem zgrabnych nóg. :)

190763-gallery1-a1zmf

Jones zaczął od utworu “Sugar Daddy”, jednego z tych kawałków, które znalazły się na -- niesamowicie udanej mym zdaniem -- nowej płycie wokalisty, zatytułowanej “24 hours”. Stolica Czech była jednym z przystanków trasy koncertowej promującej ten album. Piosenkę napisali Walijczykowi… Irlandczycy z U2: Bono i The Edge. “Nie wiem, o co chodzi z tym tytułem” - żartował Jones po jej wykonaniu.

Potem licznie zgromadzeni (miła niespodzianka) w praskiej O2 Arenie widzowie usłyszeli “Give A Little Love”,  następnie tytułowy utwór z filmu o “Thunderball” (przygody James’a Bonda z Seanem Connery’m w roli głównej) oraz “Burning Down The House” i “What’s New Pussycat?” (wybaczcie, jeśli utwory nie są ułożone chronologicznie, ale pamięć od czasu do czasu mnie zawodzi).

Publika zareagowała żywiej po raz pierwszy dopiero przy bardziej znanych utworach: “Delilah” i “Mama Told Me Not To Come”. Zaraz potem była niezwykle nastrojowa ballada “Never”, znacznie szybsza “In Style And Rhythm” a później utwory country: “He’ll Have To Go” oraz -- przyjęta z wielkim aplauzem przede wszystkim przez rodaków Jones’a obecnych na koncercie -- “Green Green Grass Of Home”.

kpfkpfpflp

A dalej już tylko hity i hiciory, i aż dziw bierze, że na scenie ani razu nie wylądowały majtki bądź biustonosz którejś z fanek! ;) Zaczęło się od “She’s A Lady” i pod sceną pojawili się pierwsi amatorzy tańca. Przy “You Can Leave Your Hat On” oraz “If I Only Knew” stała już połowa hali. Prawdziwa eksplozja, zgodnie z oczekiwaniami, nastąpiła natomiast po pierwszych dźwiękach “Sex Bomb”. Wtedy i ja nie wytrzymałem i poszedłem w tany! :)

A gdy podczas bisów (Jones śpiewał niemal niustannie przez dwie godziny -- wielki szacun!) zabrzmiało “It’s Not Unusual”, po którym wokalista pożegnał się z fanami słowami “- Good night. God bless you all!”, na mej liście utworów, które chciałem tego wieczoru usłyszeć, a nie usłyszałem, pozostała już tylko “Love Is In The Air”.

Tak czy inaczej, choć początkowo miałem wątpliwości, ostatecznie ani przez chwilę nie żałowałem, że wybrałem się na ten koncert. Widziałem przecież legendę o ciągle potężnym głosie. Widziałem dobrze przygotowane show. Co więcej, myślę nawet coraz poważniej o zakupie nowego krążka artysty…

Osobne słowa uznania należą się świcie wokalisty. Trzej gitarzyści, równie liczna sekcja dęta, dwaj klawiszowcy, perkusista i dwie chórzystki. Dla wszystkich wielkie brawa.

A ich liderowi poświęce więcej miejsca w przyszłym roku, dokładnie 7. czerwca. “Tomek” skończy wtedy 70 lat.

Kilka filmików z wtorkowego koncertu w Pradze:

“She’s A Lady” & “You Can Leave Your Hat On”

“Burning Down The House”

“Sex Bomb”

Krzychu

Dodaj komentarz 103 razy czytany, 5 razy dziś

Śledź dyskusję

3 komentarze to “Sugar Daddy”

  1. Jakub Milczarek pisze:

    Udziału w takim koncercie to tylko pozazdrościć. Może nie jestem wielkim fanem Toma Jonesa ale na pewno wymienione przez Ciebie kawałki to klasyka muzyki rozrywkowej warta usłyszenia na żywo…

  2. Dadź pisze:

    “Love is in the air” fakt brakowało, ale laseczki to majteczkami majtały w powietrzu, Krzysiu :). Zes akurat TY tego nie zauwazyl to normalnie obciach ;p.

  3. krzychu81 pisze:

    @Jakub Milczarek
    Ja również nie zaliczam się do jego wielkich fanów, ale fajnie było posłuchać na żywo utworów, które znało się dotąd tylko z radia/CD/Internetu.

    @Dadź
    Widocznie majtały majteczkami (czy słowo “majtać” pochodzi właśnie od “majteczek”?) zbyt szybko a tam było zbyt ciemno, bym mógł to dostrzec :))

Dodaj komentarz




Też chcesz mieć własny awatar? Nic prostszego!