Jak ja nie lubię Sylwestra!
Nie Sylvestra Stallone, Sylwestra Chęcińskiego czy Sylwestra Czereszewskiego, ale ostatniego dnia roku. Tego “obowiązku” świętowania, całej tej atmosfery i otoczki, tego czegoś wiszącego w powietrzu. Dla mnie ten dzień mógłby w ogóle nie istnieć! Choć, jak wracam pamięcią do czasów szkoły średniej, muszę przyznać, że nie zawsze tak było…
Kiedyś plany na sylwestra, my – uczniowie “ogólniaka”, snuliśmy już w październiku. Gdzie pójdziemy lub pojedziemy, co będziemy pić (wtedy spożywałem jeszcze śladowe ilości trunków rozmownych) i jeść, kto będzie odpowiedzialny za transport, kto za muzykę, kto za alkohol, kto za kobiety [sorry, historie mi się pomyliły] a kto za jedzenie. Jednym zdaniem, ogromne przedsięwzięcie logistyczne, którego szczegóły rozpisywane były niekiedy na papierze (w wyniku czegoś w rodzaju burzy mózgów powstawał istny business-action-plan).
Nie zawsze z tych planów coś wychodziło, ale ekscytacja zbliżającą się z każdym tygodniem, dniem i godziną wielką imprezą była ogromna. W październiku tylko suche plany, w listopadzie bardziej konkretniejsze przymiarki a w połowie grudnia “Sylwek” i wszystko co z nim związane było już tematem numer jeden korytarzowo-klasowych dyskusji. Choć, tak sobię myślę, że już wtedy nie podniecałem się tym wszystkim aż tak bardzo, jak moi rówieśnicy… Bo “dzieckiem dyskoteki”, to ja nigdy nie byłem. Oni mówili więc o alkoholu, ja myślałem o kacu. Oni dyskutowali o początku i końcu zabawy, ja myślałem o nieprzespanej nocy. Oni o klinie, ja o bólu głowy. Oni o “poprawinach”, ja o zmęczeniu… (już wtedy byłem sucharem?!?)
Milej wspominam więc sylwestrowe szaleństwa w podstawówce. Większość z nich spędziłem bowiem w domu z rodzicami, na oglądaniu telewizji lub graniu w gry komputerowe. Gdzie więc to “szaleństwo”, spytacie? Najpierw dla kilku- a potem dla kilkunastoletniego synka była nim po pierwsze, niepowtarzalna możliwość zarwania całej nocy (już po “Wiadomościach” a my z bratem jeszcze nie śpimy!), po drugie – ekscytujące oczekiwanie na północ (mit “godziny duchów” szybko runął), po trzecie – pierwszy alkohol, pity na legalu wraz z rodzicami (to co że ten szampan “nie dobry i śmierdzi”) i po czwarte wreszcie – to, co tygryski lubią najbardziej, czyli FAJERWERKI!
Frajda, frajda i jeszcze raz frajda! Aaa… i do tego frajda!!!
A teraz? Szkoda słów…
Wydoroślałem?
Wyszalałem się już?
Grzybieję? Starzeję się?
Zdziadziałem?
Pewnie wszystkiego po trochę…
Z każdym rokiem nie lubię tego dnia jeszcze bardziej. Denerwują mnie dzieci odpalające petardy już 2-3 dni wcześniej, wkurzają koleżanki z pracy non-stop gadające o sylwestrowych kreacjach, irytują tłumy ludzi na dworcach, w drodze w góry, do Wiednia, Pragi (ponoć jedno z najpopularniejszych miejsc a ja tego nie doceniam) lub Krakowa (tam spędzę kolejnego “Sylwka”, ale tylko i wyłącznie dlatego, że 1. stycznia w południe chcę oglądnąć tradycyjny piłkarski mecz noworoczny pomiędzy I. i II. drużyną Cracovii), by w tych niezwykłych ponoć miejscach celebrować koniec jednego a początek drugiego roku. A powtarzane już od paru tygodni, kilka razy dziennie przez różne osoby pytanie “jak spędzasz sylwestra?” sprawia, że wszystko się we mnie gotuje.
W tym roku, by łatwiej przetrwać te ciężkie dla mnie chwile, posunąłem się nawet do desperackiego kroku i… zgłosiłem się na ochotnika do pracy. Zadeklarowałem się, że przyjdę tego dnia do roboty (nie jako jedyny zresztą), by nadrabiać zaległości (a musicie wiedzieć, że jest co nadrabiać). W ten sposób przynajmniej osiem godzin znienawidzonego dnia (z obiadem nawet dziewięć) minie jak z bata strzelił!
Kończąc zrzędzenie, chciałbym zarówno tym, którzy na sylwestrową bibę czekają z utęsknieniem przez 364 dni w roku, (mam nadzieję, że jej Wam nie obrzydziłem) jak i tym, którzy do tego “święta” nie przywiązują większej wagi, życzyć w nadchodzącym roku wszystkiego, co najlepsze! Niech ten 2010 będzie znacznie lepszy od mijającego właśnie 2009, ale mimo wszystko… pod każdym względem gorszy od roku 2011… Znaczy się, żeby w nadchodzącym roku było lepiej , a za rok jeszcze lepiej! :)
No, na zdrowie, żeby nam się…
P.S. Prośba do ludzi, z którymi spędzę jutrzejszy wieczór: nie bierzcie tego tekstu do siebie. Stan, w którym sie znajduję, to naprawdę nie wasza wina… ;p
Krzychu



Zamów Newsletter!
Zaproponuj artykuł



30 grudnia 2009 o 22:29
Dobry tekst. :)
Z tym Sylwestrem to było zawsze u mnie tak, że jak była okazja do zabawy, to mi się nie chciało zawsze, a jak nie było – to znowu wkurzałem się, że siedzę w domu (przykład sprzed kilku lat: ja chory, gorączka prawie 38 stopni, a inni szaleją…). W tym roku nigdzie się nie wybieram. Tak postanowiłem. Rok 2009 był dla mnie tak imprezowy, że jestem mega zmęczony i od ok. 2 miesięcy siedzę “na dupie” w domu i zarywam noce w inny sposób – oglądając mecze NBA. ;)
To życzę również jak najlepiej w Nowym Roku, zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym. :) Pozdrawiam.
31 grudnia 2009 o 02:03
O to przyszło mi powitać w Krakowskich progach!.
31 grudnia 2009 o 09:06
wszystkiego dobrego, Staruszku:) mnie też wkurzają huki od kilku dni i bolący kręgosłup, ale ruszę się dziś z domu – nie tyle w celach wyszukanego imprezowania, ile wzięcia udziału w zlocie starych przyjaciół… straszliwie mnie zmęczyły te święta…
31 grudnia 2009 o 11:31
Wszystkiego dobrego w nowym, wiecej zycia i energii Krzychu ;)
1 stycznia 2010 o 15:21
W 100% zgadzam się z Twoim podejściem! Gdzieś na przełomie liceum i pierwszych lat studiów przestały mnie bawić akcje sylwestrowe, a teraz w ogóle chciałbym żeby to był dzień jak co-dzień… W zeszłym roku 25 grudnia pojechaliśmy na prawie tydzień do Mołdawii i tam przy okazji zobaczyliśmy jak bawią się Mołdawianie na głównej ulicy Kiszyniowa w noc sylwestrową. W Łodzi czy w Krakowie nie dałby się za nic namówić na uczestniczenie w tych masowych spędach…
Ale oczywiście jest wolna wola – każdy spędza swój wolny czas jak lubi :)
Kunli uzh-tevun!
1 stycznia 2010 o 18:11
krzychu i jak w koncu spedziles sylwka? bo ja siedzialam w domu z jednym takim grzybem i opowiadalam o elektrycznosci :P
1 stycznia 2010 o 21:18
@Axun
Dziękuję za życzenia! Również życzę udanego roku! Pozdrawiam.
P.S. Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz oglądałem mecz NBA? Wychodzi na to, że jakoś w połowie lat 90-tych.
@SpeX
Przed przyjazdem na pewno dam znać. Może jakieś piwko? ;)
@Kasia
Oooo, tylko nie “Staruszku”!!! :))
Wszystkiego najlepszego!
@Mysza
Dzięki wielkie. Wzajemnie!
@Jakub Milczarek
“Kunli uzh-tevun”
W takim razie Šťastný a veselý nový rok! :)
@maggie may
Moja droga, mój sylwek to tragedia! Nikt nie chciał ze mną gadać, filmu nie zrozumiałem a do tego musiałem jeść zimny ryż… :p
“Wake up Maggie, I think I have something to say to you…”
1 stycznia 2010 o 22:09
Aaa czyli Kraków, to plan na sylwestra 2010/11 :/ A ja już chciałem pytań jak mecz, bo ponoć Cracovia wygrała :P :D
1 stycznia 2010 o 22:15
jak ja Cię, chłopie, rozumiem… Dobrze, że mi z Sylwkiem zbiega się prywatna rocznica, bo inaczej kiepsko by było z jakimkolwiek celebrowaniem tego dnia przeze mnie :)
3 stycznia 2010 o 19:28
@Spex
Sorry, troszkę mało klarownie to napisałem. Chodziło mi o Sylwester 2010. :)
@Marcin Szumański
Rzeczywiście, dzięki tej prywatnej rocznicy masz nieco łatwiej niż tacy jak ja, tj. zwyczajni śmiertelnicy ze wstrętem do sylwestra.
3 stycznia 2010 o 23:12
Kto to wiem, może jakoś spotkamy przy tym piwie. Choć do tego jest jeszcze jest 360 dni. I drugi większy kłopot jest taki iż piwa nie pijam :P tz wypiłem 2 w życiu.
Ale może wcześniej ja zawitam do ciebie, bo już w tamtym roku planowałem wyprawę po tramwajowych miastach w Czecha.
15 kwietnia 2010 o 13:34
Ja też nie lubię Sylwestra. To zwykła impreza ale wszyscy szykują do nie jak do ślubu. W ciągu roku jest wiele imprez lepszych od sylwestrowej.