Władcy ognia i ciemności
Muzyczny wpisem zakończyłem rok poprzedni i muzycznym wpisem rozpocznę rok obecny. Wprawdzie pomyliłem daty i zamiast pierwszego stycznia zaczynam blogowanie A.D. 2010 dopiero dziesiątego, ale -- jak mówi stare tatarskie przysłowie -- lepiej późno niż wcale! Powiedzenie to można zresztą zastosować także do niniejszego wpisu…
Ten poświęcony będzie bowiem koncertowi niemieckiej grupy Rammstein, na którym byłem 25. listopada. Być może ktoś z Was pamięta, że obiecywałem Wam wizytę na tej imprezie już na początku maja. Pisałem wtedy na Miniblogu:
Od czasu do czasu zaglądam na stronę www.infomuzyka.pl. Dziś pierwszą wiadomością, która przykuła mą uwagę był krótki artykuł pt. “Rammstein wystąpi w Katowicach”. Z radością kliknąłem więc na tytuł, by dowiedzieć się czegoś więcej. Zespół podał na swojej stronie szczegóły jesiennej trasy koncertowej (…) Grupa zagra 27 listopada w katowickim “Spodku” (…) Trasa, podczas której grupa wystąpi w jedenastu państwach, promować będzie nowy, album zespołu - przeczytałem. Szybko wchodzę więc na rzeczoną oficjalną stronę i radość jest jeszcze większa, gdy mym oczom ukazuję się program tournee a w nim, prócz Katowic, ta oto pozycja: 25.11.2009, Tschechische Republik, Prag, O2 Arena. Choć do listopada jeszcze szmat czasu, to zaryzykuję i obiecam (Wam i sobie): Będę tam!
I byłem! Choć mało brakowało, a nie udałoby się dotrzymać obietnicy…
Choróbsko i brak biletu
Koncert niemieckiej szóstki przypadł akurat na jeden z dwóch tygodni, podczas których byłem na zwolnieniu lekarskim. Z powodu zapalenia oskrzeli musiałem niestety odpuścić sobie występ Erosa Ramazzottiego, który miał miejsce w tym samym miejscu 17 listopada. Dokładnie tydzień później stan mojego zdrowia był jednak znacznie lepszy i na przeszkodzie stał już tylko brak biletu.
Koncert był już od dawna beznajdziejnie wyprzedany (ostatecznie śledził go komplet 18 tysięcy widzów), a ja jak zwykle zaspałem z kupnem wejściówki. Na miejsce imprezy wybrałem się więc na 2 godziny przed jej rozpoczęciem, licząc, że uśmiechnie się do mnie szczęście i kupie od kogoś bilet. Okazało się, że na koników zawsze można liczyć. Nabyłem wejściówkę tuż po wyjściu z metra na stacji Českomoravská od młodego Anglika w koszulce Arsenalu (gdyby miał na sobie trykot Chelsea, mimo iż byłem zdesperowany, zaryzykowałbym i nie dałbym mu zarobić). Choć byłem przygotowany na spory wydatek, “Kanonier” nie chciał na mnie zarobić o niespodziewanie zażądał za swój bilet o 100 koron mniej niż powinien…

Okazało się, że nabyta wejściówka pozwala na zajęcie miejsca na ostatnim piętrze o2 Areny, wysoko pod dachem. Widoczność na scenę była jednak doskonała. Siedząc na swoim miejscu już na półtora godziny przed początkiem metalowego show obserwowałem zbierających się fanów. Najwięcej z nich było tradycyjnie w przedziale wiekowym 20 -- 40 lat. Mniej więcej co trzeci mówił płynnie po niemiecku, ale nie ma się co dziwić, bo niemieccy miłośnicy Rammstein nie mięli na ten koncert daleko a dodatkowo do stolicy Czech zwabiło ich tanie piwo (co ciekawe, czytałem gdzieś kiedyś, że także członkowie grupy przyjeżdżali tu często za młodu głównie dla zabawy i melanżu w hospodach).
O 20:00 na scenie pojawił się “przedskoczek” -- norweska, a właściwie to norwesko-niemiecko-amerykańska kapela Combichrist. Masakryczna sieczka! Młócka do potęgi czwartej czwórki szaleńców była tylko niedoprawioną przystawką do smaczengo dania głównego, jakie czekało nas godzinę później…
Wejście smoka
Pogasły wszystkie światła. W oddzielającej scenę od publiczności ścianie pojawiły się trzy dziury. Dwie z nich wyrąbane zostały (dosłownie) wielkimi młotami przez gitarzystów zespołu a trzecia wycięta palnikiem przez lidera grupy, Tilla Lindemanna, który wszedł przez nią na scenę i gdy śpiewał (zespół zaczął koncert utworem “Rammlied”) z jego ust… wydobywało się światło. I niech mi ktoś powie, że dobre wejście nie jest najważniejsze! :)
Pierwsza część/połowa koncertu to kawałki przede wszystkim z najnowszego albumu zespołu pt. “Liebe ist für alle da”. Było więc “Ich tu dir weh” (klawiszowiec Christian “Flake: Lorenz skończył w żeliwnej wannie, do której Lindemann z bańki po mleku wylał na niego iskrzące węgliki. Z kolei w utworze “Haifisch” Lorenz na czarnym pontonie żeglował na rękach publiczności, które niczym niespokojne morskie fale najpierw poniosły go aż do połowy hali a potem z powrotem na scenę), “Buckstabü” oraz “Waidmanns Heil” i “Frühling In Paris”. Podczas “Wiener Blut”, utworu inspirowanego austriackim pojebem Josefem Fritzlem, scena zamieniła się w pokój z lalkami a Till w wielkiego kota, z włosami ulizanymi identycznie jak Wampir z Amstetten. Z oczu wiszących nad sceną lalek, które w trakcie piosenki zaczęły wybuchać i w kawałkach gromadzić się na scenie, świeciły zielone lasery (a może niebieskie? Ręki nie dałbym sobie uciąć. Tak to jest, jak się pisze relacje 50 dni po koncercie ;p).
Ogień, ogień, ogień
Ze starszych kawałków w tej części koncertu pojawiła się choćby “Feuer Frei”. To właśnie wtedy po raz pierwszy buchające raz po raz płomienie ogrzały o2 Arenę (ciepło z każdym wybuchem czułem na swym czole i ja, będąc przecież wysoko pod dachem). Zresztą berlińscy muzycy bardzo lubią zabawy z ogniem. Efekty specjalne towarzyszyły niemal każdemu utworowi tamtego wieczora.

Druga część koncertu była znacznie lepsza, niż jego pierwsza połowa. Także dlatego, że zabrzmiało sporo starych przebojów grupy, na które żywiołowo reagowała tym razem nie część, ale już cała niemalże hala. Usłyszeliśmy m.in. “Benzin”, “Link 2 3 4″ i “Du hast”. Na sam koniec jeszcze powrót do najnowszej płyty i największy chyba hit z tego krążka -- kontrowersyjna “Pussy”. Lindemanna jeżdżącego wzdłuż sceny na wielkim rużowym penisie opisywać nie będę. Możecie to sami zobaczyć:
Na zmoczonych pianą fanów pod sceną następnie wystrzelono konfetti. A potem były bisy i jeśli dobrze pamiętam, kapela pojawiała się na scenie dwukrotnie. Wtedy poleciały już same hiciory i ubolewam tylko, że zabrakło mojego ulubionego “Ohne dich”.
Podsumowując, koncert Lindemanna i spółki był dla mnie kolejnym niesamowitym i niezapomnianym muzycznym przeżyciem. Było to za co ich od kilku lat cenię, tj. z jednej strony specyficzne połączenie gitarowych riffów z elektronicznymi dźwiękami klawiszy, a z drugiej równie oryginalna symbioza ostrych metalowych kawałków ze spokojnymi, czasem wręcz rockowymi balladami. A do tego oczywiście wielki show na scenie.
Wiele osób stojących na dole narzekało wprawdzie na jakość nagłośniena, twierdząc, że gitary zagłuszają śpiew wokalisty. U nas na górze takich problemów nie było, choć czasem siła dźwięku była tak silna, że trzęsła się podłoga (już wiem dlaczego na plakatach rozwieszonych po całej hali było w kilku językach ostrzeżenie przed groźbą uszkodzenia słuchu i/lub wzroku , które mogą zostać wywołane odpowiednio głośną muzyką i efektami pirotechnicznymi). Według mnie brakowało tylko ekranów, dzięki którym siedzący daleko od sceny widzowie mogliby dokładnie zobaczyć to, co się na niej dzieje.
Posłuchajcie i zobaczcie, jak było
Rammstein wrócą do Czech już 13. marca. Tym razem na koncert w ostrawskiej ČEZ Arena. Dzień wcześniej zagrają w Łodzi.
A na koniec kilka kolejnych filmików z koncertu w Pradze. Jest ich w sieci mnóstwo, ale wybrałem te ze stosunkowo dobrym dźwiękiem i obrazem. Viel Spass und Auf Wiedersehen!
Krzychu



Zamów Newsletter!
Zaproponuj artykuł


